4 września 2016

6. Nie wszystko da się zaplanować

Czuję, że to będzie ciężkie.
Serena po raz trzeci wypowiedziała te słowa i po raz kolejny odniosła nieodparte wrażenie, że James nawet nie próbuje jej zrozumieć. Próbowała go w myślach usprawiedliwiać. Nie chciała kłótni, pretensji i gorzkich słów wypowiedzianych pod wpływem złości. Za wszelką cenę pragnęła tego uniknąć, ale zaczynało do niej docierać, że bez podniesienia głosu James może w ogóle nie dostrzegać problemu. Albo udawać, że go nie widzi.
- James, słuchasz mnie? - spytała pozornie spokojnym głosem.
W jej duszy jednak umiłowanie pokoju zaczynało przegrywać z irytacją. James nadal leżał na kanapie wpatrzony w podręcznik związany z tematyką wykrywania zaklęć czarnomagicznych. Nie zdjął butów. Ich podeszwy dotykały obicia ich beżowej kanapy. Znajdował się w tej pozycji od ponad trzydziestu minut i wydawało się, że nic i nikt nie jest w stanie zmusić go do podniesienia się.
Serena opadła na fotel, przeczesując palcami długie włosy. James od pierwszego dnia w Akademii Aurorów, nie robił nic innego poza nauką. Wstawał rano i wyjmował książki, wertując poszczególne strony. Na zajęciach nie rozmawiał z nikim, w skupieniu marszcząc czoło. Notował wszystko, jakby od tego zależało jego życie. Gdy wracali z zajęć, od razu rozkładał się z materiałami, opracowując kolejne zagadnienia. Nawet przy posiłkach próbował ją zagadywać na temat zaklęcia kameleona czy szybkości tempa reakcji. W nocy zaś śnił o zaklęciach, treningach i  rodzajach obezwładniania przeciwnika, bo już kilka razy słyszała jego mamrotanie przez sen.
Spodziewała się wiele po wspólnym rozpoczęciu szkoleniu. Wiedziała, że dużo się zmieni, że nauka tutaj to nie przelewki, że będzie ciężko. Bała się, że dziewczyny w typie Payson będą namolne, może natrętne, a on dla nich zbyt miły. Tak się jednak nie stało. Owszem, początkowo wszystkie dziewczyny zainteresowane jego rodziną i nazwiskiem próbowały go zauroczyć swoim wdziękiem, ale na marne. James był uprzejmy, lecz to wszystko. Na wszystkie pytania odpowiadał zdawkowo, a nieobecna mina zniechęcała do kolejnych prób.
Serena nie ukrywała przed samą sobą, że taki rozwój wypadków sprawił ulgę jej sercu. Zniknęły jej troski, myślała, że wszystko dobrze się układa.
W swoich obawach jednak nie uwzględniła Jamesa jako najpilniejszego ucznia na kursie, który ignoruje wszystko, skupiając się na nauce. Serena początkowo myślała, że jest przewrażliwiona w tej kwestii. W końcu nadal razem mieszkali, spali, jedli, chodzili na zajęcia, ale mimo to nie mogła się pozbyć palącego uczucia w głębi duszy. Coś było nie tak.
Jej przypuszczenia potwierdziły się, gdy przyszedł kolejny list od Ginny Potter. Trzy poprzednie wysyłane dzień po dniu nadal leżały na szafce w holu, gdzie James je odłożył, by poczekały na swoją kolej. Czwarty jednak miał innego odbiorcę. Ten list był adresowany do niej.
Teraz z perspektywy czasu Serena nie mogła zdecydować czy większe zaskoczenie stanowiło zobaczenie swojego nazwiska na kawałku papieru, czy sama zawartość wiadomości. Gdyby miała zdecydować pewnie ta kwestia wymagałaby dłuższego zastanowienia się.
Dotychczas wszelkie swoje obawy związane z Jamesem Ginny skwapliwie zachowywała dla siebie, traktując ją, Serenę, jak niestały element rzeczywistości Jamesa. Ten list jednak wyraźnie pokazywał, że to się zmieniło.
Ginny pisała o swoich obawach, o lęku oraz braku kontaktu ze strony Jamesa. Jedna kartka była wyraźniejszym dowodem zaufania niż kilkanaście drętwych spotkań czy nieskończona ilość zapewnień o sympatii. Wszystko wreszcie zaczynało się układać, pomyślała Serena, po czym spojrzała na Jamesa.
Wszystko dopiero miało zacząć się układać.
- JAMES!
Pottter zerwał się gwałtownie z kanapy, rozglądając wokół. Książka upadła za kanapę. Nieobecne spojrzenie chłopaka natychmiast się wyostrzyło, ciało wyprostowało.
- Co się stało? - spytał, marszcząc brwi, a Serena z trudem opanowała chęć przewrócenia oczami. Albo chociaż walnięcia w niego wazonem. Nie, szkoda wazonu, powiedziała sobie w myślach, próbując znaleźć pokłady cierpliwości.
- James, może pójdziemy dzisiaj na obiad do twoich rodziców?
Popatrzył na nią, jakby nagle wyrosła jej druga głowa albo stwierdziła, że Pioruny z Treesmore wygrają w tym roku ligę qudditcha.
- Naprawdę myślisz, że to dobry pomysł?
Serena popatrzyła tęsknie na wazon, po czym ograniczyła swoją reakcję do głośnego westchnienia.
- Nie przychodzi mi do głowy żaden powód, dlaczego miałby być to zły pomysł.
- Ale mamy tyle nauki... Trzeba przygotować zaklęcia kameleona, poćwiczyć nad czasem błyskawicznej reakcji i jeszcze opracować koncepcje obrony natychmiastowej...
- Już za późno - skłamała Serena, odwracając się. Jej ręka dotknęła gładkiej szyjki wazonu. - Napisałam, że będziemy.
Cichy, przeciągły jęk wydobył się z gardła Jamesa. Serena kątem oka widziała, że próbuje zwrócić na siebie zwrócić jej uwagę, ale udała, że tego nie dostrzega, wygładzając serwetkę leżącą na komodzie. Podszedł do niej bliżej, obejmując ją od tyłu. Objąwszy ją w talii, położył głowę na jej ramieniu. Poczuła jego oddech na szyi.
- Co robisz? Musimy się zbierać - pisnęła cichym głosem, czując, że jej kolana robią się coraz bardziej miękkie. Z ulgą oparła się o szerokie plecy Jamesa, ratując się przed wylądowaniem na podłodze.
- Naprawdę musimy? Może moglibyśmy... - szepnął James wprost do jej ucha, nie kończąc. Nie musiał. Doskonale wiedziała, co miał na myśli. Z trudem powstrzymała się od jęknięcia. Nie zamierzała pozwolić, aby zostali w domu. Naprawdę chciała dotrzeć dzisiaj do Doliny Godryka na obiad. I nikt, nawet James nie mógł jej w tym przeszkodzić.
Nie dam się rozproszyć, pomyślała czując usta Jamesa na swoim karku. Odwróciła się, splatając ręce na jego karku, po czym zaczęła się bawić guzikiem od jego koszuli.
- A co z ćwiczeniem zaklęć, pracowaniem nad czasem reakcji i koncepcjami obrony...?
Serena zerknęła na niego spod przymrużonych powiek na twarz Jamesa. Teraz nie wydawał się tym spiętym dążącym do perfekcji przyszłym aurorem, tylko Jamesem, w którym się zakochała, jej Jamesem.
- Myślę, że to może poczekać.
Jego usta niebezpiecznie blisko zbliżyły się do jej ust. Ich oddechy się zmieszały. Serena wplotła rękę w jego włosy,
- A obiad u twoich rodziców? - szepnęła, czując, że przyciska ją mocniej do komody.
James udał, że się zastanawia, gdy jego ręka zniknęła w dekolcie jej bluzki.
- Najwyżej nieco się spóźnimy - mruknął, całując ją. Podsadził ją nieco wyżej, aby jej pośladki znalazły się na komodzie, a twarze znalazły się na tej samej wysokości.
Wazon z głuchym trzaskiem opadł na podłogę.
***
Nie będę tu siedziała.
Albus powoli podniósł miotłę. Opuszkami palców pogłaskał jej brzeg, po czym zbliżył niewielką ściereczkę. Polerowanie miotły było dla każdego gracza qudditcha bardzo ważnym zajęciem. Nieodpowiednia konserwacja mogła prowadzić do wielu przykrych niespodzianek, których on wolał uniknąć.
- Słyszysz? Nie będę tu siedziała.
Westchnął bezgłośnie, po raz enty słysząc słowa Lily. Normalnie pewnie pozwoliłby sobie na jęknięcie - długie i głośne, aby wyrazić swoje znudzenie, pokazać siostrze, że ma dosyć jej humorów. Dzisiaj jednak wolał nie pokazywać Lily, jakie wrażenie robią na nim jej wysiłki. Nie chciał, aby wymyśliła nowy sposób na przetestowanie jego nerwów oraz wytrzymałości. Popatrzył na nią spod na wpół przymkniętych powiek i tylko uśmiechnął się irytująco. Nienawidziła tego. Grymas wściekłości na jej twarzy był dla niego najlepszą odpowiedzią.
Od kilku tygodni towarzyszył Lily niczym cień i miał tego serdecznie dosyć. Chętnie zrezygnowałby z prób pilnowania jej, gdyby raczyła obiecać, o co prosił, gdyby zgodziła się na jego warunki. Wszystko jednak wskazywało na to, że nie zamierzała się poddać i odprawić go z obietnicą pustych słów, które zapewniłyby mu chociaż chwilowy spokój ducha.
Wszystko zaczęło się, gdy po raz pierwszy zobaczył Lily z Malfoyem. Miał wtedy ochotę zamordować ich oboje i gdyby nie Rose, zapewne doszłoby do rękoczynów. To ona zaczęła go przekonywać, że niepotrzebnie się przejmuje czymś, co zapewne w ogóle nie istnieje. Każdego innego nazwałby naiwniakiem za takie myślenie, ale Rose... Rose rzadko się myliła, więc może rzeczywiście i tym razem miała rację?
 Lily jednak nie chciała o tym rozmawiać, twierdząc, że to nie jego sprawa i może robić, co zechce. Uparcie obstawała przy ty swoim, nie słuchając jego argumentów.  W tej chwili nie mógłby się z nią mniej zgodzić. Tam, gdzie ona widziała wolność, on dostrzegał zagrożenie. Wszystko układało się zupełnie odwrotnie niż powinno..
- Może damy sobie z tym już spokój?
Uśmiechnął się szerzej, słysząc irytację w głosie Lily. Wyraźnie nawet jej cierpliwość zaczynała się wyczerpywać. Teraz mógł już czekać na efekty swoich działań.
- Dlaczego? - spytał, wracając do polerowania miotły. Czuł jej wypolerowaną powierzchnię. Zdecydowanie był w tym, co robił.
- Co dlaczego? - warknęła Lily, lekko uderzając go w ramię.
Nim zdążył odpowiedzieć, zdał sobie sprawę, że ona wcale nie czekała na odpowiedź. Właśnie kopała pobliską ławkę żywiołowymi kopniakami, nie szczędząc przy tym wulgarnych słów. Zdecydowanie nie potrafiła okazywać złości. W pewnej chwili przestała atakować ławkę i z pewną siebie miną popatrzyła na niego. Z jej twarzy zniknęła złość, którą zastąpiło skupienie. Rude maleństwo najwidoczniej uznało, że nadszedł czas na zmianę taktyki.
- Jesteś hipokrytą, wiesz o tym? Zawsze wiedziałam, że straszny z ciebie troll, ale o aż taki brak charakteru cię nie podejrzewałam - stwierdziła, po czym uśmiechnęła się kpiąco.
Sytuacja zaczynała się zmieniać, przechylać na stronę, która zdecydowanie nie przypadła Albusowi do gustu. Stronę, które nie mógł kontrolować.
- Lily, nie próbuj swoich sztuczek. Nie uwierzę w żadne twoje kłamstwa, więc daruj sobie te gierki.
- Wcale, że nie koniec! - wrzasnęła głośno Lily, obdarzając ławkę kolejnym kopniakiem. - Nie będziesz mi mówił, co mam robić. Nie możesz mi rozkazywać... A jeśli chcesz kogoś uraczyć swoją opieka, to może zacznij od Rose? Nie pamiętam, abyś kiedykolwiek ją rozliczał za jej relacje z Malfoy'em.
Albus parsknął śmiechem, jakby Lily opowiedziała mu dobry dowcip. Relacje Rose, uporządkowanej i do krwi Weasleyowskiej Rose, której wujek Ron zabronił tej tylko jednej rzeczy. Niemożliwym wydało mu się, aby ten skończony wzór doskonałości zrobił coś tak jawnie sprzecznego z zasadami. Trudno mu było sobie wyobrazić Rose w takiej sytuacji....
Śmiech jednak skończył się równie szybko, co zaczął. Popatrzył na siostrę drwiącym wzrokiem, zakładając ręce na piersi. Otworzył usta, aby powiedzieć jej, że czas kończyć te gierki, ale ostatecznie z jego ust nie wydobyło się żadne słowo.
Lily niewątpliwie była manipulatorką dbającą jedynie o własne interesy. Wszelkimi dostępnymi metodami doprowadzała ludzi wokół do wściekłości. Nie umiała przegrywać i nie przebierała w środkach. Na pewno jednak nie była głupia. A głupotą byłoby kłamanie w sprawie, którą tak łatwo zweryfikować.
- Jeszcze o tym pogadamy - zapowiedział, grążąc palcem Lily, która stała już przy drzwiach. Wygrała. Nie musiała tego nawet mówić głośno. Obydwoje dobrze o tym wiedzieli. Uśmiechnęła się po raz ostatni, cicho zatrzaskując drzwi.
Został sam.
- Cholera!
Kopnął rozlatującą się ławkę zupełnie, jak przed chwilą Lily. Impet uderzenia przesunął mebel pod ścianę. Trzask drewna i cichy jęk, który niespodziewanie wydobył się z jego ust. Albus usiadł na sponiewieranym meblu. Pochylił się do przodu, chowając twarz w dłoniach.
Wszystko się psuło. Wszystko schodziło z kursu, który on chciał obrać.
- Albus, jesteś tu jeszcze? - Wesoły głos Rose był ostatnim dźwiękiem, jaki się spodziewał w tej chwili usłyszeć. Ostatnim, który miał ochotę usłyszeć. Trzasnęła drzwiami, podczas gdy on nie mógł się zmusić do podniesienia głowy. -  A gdzie Lily? Na dzisiaj już jej odpuściłeś? Cóż, w sumie to może i dobrze.
- Dlaczego dobrze? - warknął, wstając. Wyprostował się. Popatrzył na nią wyzywająco. Ucieszył go cień zmartwienia w brązowych oczach. Powinna się bać. Kłamała, patrząc mu w oczy.
- Albus, o co ci chodzi? - spytała spokojnym głosem. Trzęsące się dłonie ukryła za plecami. Cała ta sytuacja coraz mniej jej się podobała. Wszystko wydawało się coraz bardziej abstrakcyjne, a Albus... Albus patrzył na nią, jak jeszcze kilka godzin wcześniej na Lily. Zielone oczy przepełniała złość, wzburzenie mieszało się z rozczarowaniem.
- O co niby może mi chodzić - odpowiedział zimno Albus.
- Porozmawiajmy wprost.
Popatrzył na nią z niedowierzaniem, jakby nagle stała się trollem górskim. Gierki, niewypowiedziane słowa, przemilczenia.... To nie byli oni. To nie była Rose. Zawsze byli szczerzy, potrafili mówić wprost i nigdy by nie pomyślał, że to może się zmienić.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś, że spotykałaś się ze Scorpiusem?
Twarz Rose gwałtownie poczerwieniała, by następnie zbladnąć. Wyglądała jak ryba wyjęta z wody, która walczy o każdy oddech. Na Albusie to jednak nie zrobiło większego wrażenia. Założył ręce na piersi i popatrzył na nią wyzywająco.
- To nie było tak... To trwało zbyt krótko, aby nazwać czymś. To było nic. Nie mówiłam ci o tym, bo działo się to w okresie, kiedy nie rozmawialiśmy zbyt wiele.
Albus zacisnął zęby, drapiąc się po czole. Teoretycznie miała rację. Nie byli wtedy zbyt blisko. On nie prosił o jej rady, może powiedział o jeden raz za dużo, aby dała mu spokój, ale, do cholery, nie mogła przecież oczekiwać, że przeszłość nie zrobi na nim wrażenia. Są słowa, który nie sposób uniknąć i Albus miał nieodparte wrażenie, że właśnie teraz nie może od nich uciec.
Rose cicho westchnęła, gdy zrozumiała, że przyjdzie jej poczekać na odpowiedź. Albus zawsze musiał wszystko przetworzyć, przemyśleć. Nie lubił gdy go poganiano i wydawało mu się, że zastanowienie się czyni go mądrzejszym. Twierdził, że dzięki temu unika błędnej oceny sytuacji. Rose nigdy tego nie rozumiała, dlatego teraz tym bardziej jego ślamazarność zaczynała działać jej na nerwy.
- Nic nie powiesz? - dodała zimnym tonem. Odgarnęła włosy na ramiona i zdała sobie sprawę z własnej głupoty. Roześmiała się na głos, a Albus popatrzył na nią z zastanowieniem w oczach. Prawda dotarła do niej z całą świadomością. Nie mogła już dłużej wmawiać sobie kłamstw. - Teraz zdałam sobie sprawę, jak wielką idiotką byłam... Tak bardzo chciałam, abyśmy znowu byli przyjaciółmi, abyś mi zaufał, że zapomniałam o wszystkim innym. Nie będziesz mi dyktował jak masz żyć. I nie będę ci pomagać w nawracaniu Lily. Niech robi co chce. A  Scorpius - zawahała się, ale gryfońska, szaleńcza odwaga wygrała z dobrym wychowaniem - wbrew pozorom nie jest takim potworem, za jakiego ty go masz.
Wyszła, nie odwróciwszy się za siebie.
Właściwie nie wiedziała, dokąd chce iść. Czuła jednak, że nie może zostać ani sekundy dłużej z Albusem, którego wąskie horyzonty nie były w stanie pomieścić w pustej głowie niż poza własnym nadętym ego. Nie chciała i nie mogła mu powiedzieć tego wprost. Mimo wszystko nadal jej zależało, aby się z nim pogodzić, uratować gasnącą przyjaźń z dzieciństwa, która powinna przerwać pomimo ostatniej eskalacji emocji.
Lubiła myśleć, że jest już ponad tą całą dziecinadą. Kłótniami o błahostki, obrażaniem się i wypominaniem przeszłości. Czuł, że jej to nie dotyczy. A jednak dzisiaj patrząc w oczy Albusa, miała ochotę dołączyć do koncertu wzajemnych oskarżeń. Powiedzieć, co myśli, nie zastanawiając się nad konsekwencjami.
Po prostu być sobą.
Rozejrzała się po stadionie do qudditcha. Naprawdę powinna teraz pójść, gdzieś indziej, gdzie mogłaby się uspokoić i nie próbować udawać mądrzej niż była w rzeczywistości. Wiedziała, gdzie znalazłaby zrozumienie.
Gdyby mogła tylko wyjść ze szkoły, odwiedziłaby Easy'ego. On na pewno przyznałby jej rację. Powiedział, że Albus jest dyktatorem, który gra z prawami miłości, największej magii. Doceniłby też jej zaangażowanie w tę sprawę. Tak, Easy zdecydowanie byłby idealnym pocieszycielem.
Spojrzała na niebo. Zaczynało zmierzchać. Za godzinę miało już być ciemno, więc miała zdecydowanie za mało czasu. Pewnie mogłaby spróbować wyjść jakimś ukrytym przejściem. Wszakże w końcu nazywała się Weasley, znała Hogwart od podszewki. Nie chciała jednak łamać szkolnego regulaminu, który większa część członków jej rodziny jawnie lekceważyła. Poza tym bała się, że gdyby się wymknęła do Easy'ego zostałaby tam na noc, całą noc. Ten chłopak był jedyną osobą, która potrafiła niezauważalnie łamać jej silną wolę. Dla niego bez oporów zbyt wiele razy zachowywała się nieodpowiedzialnie, dlatego właśnie tego dnia nie zamierzała się łamać. Musiała dac sobie radę bez niego.
- Hugo? zawołała głośno, widząc drobnego chłopaka siedzącego w połowie trybun. Siedział pochylony, a jego rude włosy błyszczały w słońcu. Na jego kolanach leżał rozłożony pergamin. Na widok siostry uniósł głowę i popatrzył na nią z zaskoczeniem. Nie wydawał się specjalnie zadowolony ze spotkania.
- Co tutaj robisz? - spytała Rose, siadając obok niego. - Okropnie pokłóciłam się z Albusem. Nie wiem, jak on może być taki krótkowzroczny. W tamtym roku był idiotą, ale teraz... To po protu niedorzeczne. Nie dość, że bawi się w quddicha, jakby naprawdę to było ważniejsze od egzaminów, bo chce pokazać, że jest tak dobry jak James, to jeszcze próbuje ustalać, co komu wolno. Nie on będzie o tym decydował.
- Właściwie to kończyłem list do Evy - odezwał się Hugo, obracając pióro w dłoni.
Rose straciła wątek, słysząc słowa brata. Natychmiast prześledziła w myślach znajomych, jakby zidentyfikowanie miało tłumaczyć, dlaczego Hugon pisze do niej listy. Nie przypomniała sobie jednak, aby znała jakąś Evę. Gdzie więc Hugon mógł ją poznać? Eva, Eva... Zmarszczyła brwi, próbując wytężyć umysł.
- Eva? Jak Eva Wilson, siostra Sereny?
Czerwone policzki Hugona powiedziały jej wyraźnie, że zgadła. Jej mały braciszek widać wstydził się powiedzieć, że jest zainteresowany dziewczyną, jakby naprawdę było to coś wielkiego.
Spróbowała sobie przypomnieć, jaka była ta cała Eva. Z tego co pamiętała, wydawała się całkiem sympatyczna. Na pewno była. Musiała taka być, skoro miała Serenę za siostrę. Przypomniała sobie, że Eva była szczupła i dosyć niska, a przy tym równie małomówna co Hugo.
- Pewnie poznaliście się na weselu Sereny i Jamesa?
- Tak - potwierdził Hugo, zbierając pergamin. Zwinął go w wąski rulon i wsunął do kieszeni.
- Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? - zdziwiła się Rose.
Hugo jednak tylko wzruszył ramionami.
- W przeciwieństwie do reszty rodziny nie lubię się afiszować. Nie rozumiem tego całego szaleństwa.
- Czy ty coś sugerujesz?!
- Rose, nie chciałem się urazić - speszył się Hugo.
Dziewczyna zmrużyła oczy, a on z trudem opanował potrzebę skulenia się. Gdy tak robiła, zawsze przypominała mu matkę.
- Mam po prostu wrażenie, że wy... znaczy, że ludzie z naszego pokolenia uwielbiają robić komedię z życia. Popatrz na Jamesa, który z dziwkarza przeistoczył się w porządnego gościa, ale musiał przy tym złamać serce Sereny i zaliczyć nauczycielkę. Albus przez kilka lat spotykał się z Chelsea tylko dlatego, że ona była twoją przyjaciółką, a potem przeżył prawdziwy kryzys osobowości. Nie mówiąc już o tym, że teraz zupełnie mu odbiło na punkcie quddicha, jakby chciał pokazać, że umie wygrywać mecze w lepszym niż James stylu. Lily - zawahał się, rozglądając wokół, jakby sprawdzał, czy Potter nie stoi nigdzie w pobliżu - Lily zawsze potrafiła dostać, czego chce. O jej związku, czy też relacji jak to ona nazywa, z Malfoyem nawet nie wspomnę. To kompletne szaleństwo podobnie jak...
Hugo urwał, zamykając usta, ale nie musiał kończyć zdania. Rose już wiedziała, co chciał powiedzieć. Miał ją za taką samą wariatkę jak wszystkich Potterów.
Ona też lawirowała pośród wydarzeń. Gdy poznała Easy'ego kompletnie zgłupiała i do dziś miała wrażenie, że resztka tego szaleństwa pozostała jej gdzieś na dnie duszy. Robiła mnóstwo niezrozumiałych rzeczy, postępowała wprost irracjonalnie - pocałowała Malfoy'a po SUM-ach, spławiła miłego chłopaka poznanego na weselu Molly, bo był za nudny, próbowała krzykiem zmusić Albusa i Chelsea do miłości. To było bardziej niż dziwne, a jednak się wydarzyło. Rzeczywiście szalone z nas nowe pokolenie, pomyślała Rose, mimowolnie używając nazwy, którą żartobliwie nazwali ich kiedyś rodzice.
- Hugo, teraz tylko tobie przydałoby się trochę naszego szaleństwa. W końcu niemal wszyscy na tym dobrze wyszliśmy - dodała Rose wszechwiedzącym tonem.
Rozmowa z Hugonem uświadomiła jej coś ważnego. Mogła nie lubić niespodzianek. Wolała skrupulatnie planować swoje poczynania, ale mając na uwadze słowa brata nauczyła się już jednego - nie wszystko da się zaplanować.
______________________________
Wiem, wiem, że pewnie nie pamiętacie zbyt wiele z poprzedniego rozdziału (za co bardzo Was przepraszam), dlatego starałam się przemycić swego rodzaju nawiązania do tego, co się działo. Sama nie wiem, ile wyjdzie rozdziałów SiL; postaram się dobić chociaż do dziesiątki, o ile starczy mi sił. Kocham tę historie, bohaterów, ale.. Od października wracam na studia, plus zaczynam nowe, niedługo pewnie okoliczności zmuszą mnie do zapisania się na kurs prawa jazdy, planuję podróżować więcej niż w latach poprzednich, nie wspominając o działalności naukowej na uczelni czy prozaicznych kwestiach jak seriale czy życie towarzyskie.
Plus kończę z zamieszczaniem gifów na początek rozdziałów, bo jest to rozwiązanie wyjątkowo niekompatybilne przy współpracy z blogspotem i przy edycji postów wciąż wyskakują mi jakieś komunikaty o błędach.
Życzę Wam miłego wieczoru ;) Mój jest wyjątkowo udany, bo udało mi się zdążyć z rozdziałem.

3 komentarze:

  1. Dobrze, że James przykłada się do nauki, ale halo! Nie może przy tym zaniedbywać swojej seksownej żony ani szalonej, jednak kochanej rodzinki.
    A Rose i Easy to życie, serio.
    Trochę szkoda, że to nie do niego poszła, ale trudno. Samo to, że o nim myślała, sprawiło, że moje serce zabiło szybciej. Uwielbiam ich!
    Lily i Scor trochę mnie przerażają, ale w sumie są siebie warci. Perfect Match ;) Czekam na kolejny rozdział!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Długo wahałam się, cz Rose powinna jednak pójść do Easy'ego, ale stwierdziłam, że to by było zbyt proste na tym etapie opowiadana :D
      Lily i Socprius faktycznie są siebie warci i pewnie dlatego tak ich do siebie ciągnie ;)

      Usuń
  2. James miłośnik studiów, coz się stało? To wyglada az podejrzanie. Ale nie mozna stwierdzić, zeby nie pamiętał o Serenie, ma całe szczęście ;) mogliby tylko wiecej rozmawiac.
    W dalszej czesci rozdziały zabrakło mi określenia, gdzie znajdują sie bohaterowie. Szczerze, początków myslalam, ze w domu rodzinnym Potterów. Lily i jej relacja z Malfoyem mnie zaintrygowała i licze, ze cos z tego wyniknie. Rose troche przesadziła,bo Albus wlasciwie prawie nic nie powiedział, a ona tak na niego naskoczyła; chyba hormony buzują :D albo to z powodu braku Easy'egp :D a Hugo i zainteresowanie Eve jest superslodkie :p

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonała Nikumu
dla Zaczarowanych Szablonów.