3 stycznia 2021

Wszystko dla Lily: 11. Przyjaźń ponad wszystko.

      Wiosna przyszła niepostrzeżenie.
    Dni raptem zaczęły się robić coraz dłuższe, a na drzewach pojawiły się pierwsze pączki. W powietrzu pojawiła się nieznana świeżość, a szkolne błonia zapełniły się od spacerowiczów, chcących oderwać się od szkolnej codzienności. W wielu głowach pojawiły się nowe pomysły i nieoczekiwane nadzieje.
    Dla Syriusza wiosna nie miała jednak tak wielkiego znaczenia, chociaż oczywiście możliwość wyjścia na szkolne błonia miała duże znaczenie strategiczne. Tu można było wycisnąć więcej ze szkolnej swobody, braku nauczycieli nad głową i ciągłej obserwacji szkolnej społeczności.  W tej chwili najbardziej liczył się bowiem dla niego uśmiech stojącej obok niego dziewczyny, która z każdym kolejnym błyśnięciem zębów przybliżała się coraz bliżej.
- Lysandro, mówił ci ktoś, że jesteś piękna? - wymruczał, przybliżając twarz do jej policzka.
Poczuł jej westchnienie pod swoją skórą i uśmiechnął się uwodzicielsko. Czuł, że komplement dosięgnął celu.  Jej usta rozciągnęły się w marzycielskim westchnieniu, a w oczach pojawił się błysk pożądania. Była jego. 
Z tą myślą nachylił się ku niej i śmiało ją pocałował. Nie musiał długo czekać na odpowiedź, gdy wpiła się w jego wargi, wplatając palce w jego włosy i mocno je pociągając. Ból mieszał się z obietnicą. To było dobre, tak bardzo dobre... Przycisnął ją mocniej do drzewa, o które opierała się plecami.
- Widzę, że nie będę wam przeszkadzać. - Zimny głos gdzieś z oddali sprawił, że Syriusz oderwał swoje usta od Lysandry, biorąc głęboki wdech.  Jego dłoń zsunęła się z piersi dziewczyny. Nie musiał się odwracać, aby wiedzieć, że to Dorcas przerwała jego słodkie randez-vouz  i że najpewniej nie była zachwycona tym widokiem.
- Daj nam chwilę, dobrze? - powiedział Syriusz cicho do Lysandry i nie czekając na odpowiedź dziewczyny odwrócił się w stronę Dorcas. Wiedział, że Lysandra na pewno poczeka -  one wszystkie zawsze czekały i wątpił, czy kiedykolwiek pozna kobietę, której uda się go zaskoczyć, niemniej nie zamierzał się nad tym teraz dłużej zastanawiać. 
- Chodź, pogadamy - zarządził, chwytając Dorcas za ramię. Jej długie ciemne włosy zafalowały, gdy pozwoliła mu się poprowadzić kawałek dalej w marnej replice prywatnej rozmowy. 
- Słucham, Syriuszu. Na pewno masz mi coś do powiedzenia  - powiedziała stalowym tonem.
- Dorcas, sama wiesz jak jest...
- Właśnie nie wiem - warknęła - więc z łaski swojej powinieneś mi to chociaż wytłumaczyć!
To był moment, który zawsze napawał Syriusza niesmakiem. Jego związki, czy też jak wolał to nazywać relacje - jak wszystko, co w życiu piękne, nic nie trwały wiecznie, a koniec zwykle przynosił łzy, krzyki i mnóstwo pretensji, gdy do jednej strony dochodziło, że wszystkie długo tworzone oczekiwania nie będą miały szansy się spełnić. Wtedy nagle Syriusz z chłopaka, który ponoć potrafił sprawić, że dziewczyna czuła się jak w niebie, stawał się chłopakiem, który dawał im ich własne piekło.
Czasem zastanawiał się, w czym tkwił problem. Starał się postępować uczciwie. Nikogo nie oszukiwał. Nie obiecywał wiecznej miłości, nie mówił, że czuje się w ich towarzystwie jak po wypiciu amortencji. Stawiał sprawę jasno i mówił, że chętnie odda swoje ciało, ale na pewno nie serce. Mocno wątpił, że miłość istnieje, a jeszcze bardziej, że sam jest do niej zdolny. Zawsze był z tego dumny, że nie mamił nikogo obietnicami wiecznej miłości. 

Mimo to dziewczyny słyszały w jego słowach to, co same chciały wiedzieć - rolę pani jego serca, która nauczy go miłości. Tym samym Syriusz łamał kolejne serca, zyskując coraz większą sławę (zupełnie niezasłużoną w swojej opinii) szkolnego łajdaka. 

- Dorcas... Ja... Przykro mi  - powiedział, opuszczając ramiona. 
- Dlaczego jest ci przykro? - zaśmiała się gorzko, wiatr zwiał jej ciemne włosy na twarz. Ciałem Syriusza wstrząsnął dreszcz, gdy przypomniał sobie, jak miękkie w dotyku były na gołej skórze. 
- Przykro mi - powtórzył głucho, przywołując się do porządku z miłych wspomnień. - Nie myślałem, że ci na mnie zale...
- Nie myśl za dużo, Black - warknęła, Dorcas odgarniając włosy. - Zdecydowanie nie jest to twoją mocną stroną.

- Poczekaj, może...

- Na co mam poczekać?

Tu go miała. Nie mógł jej nic obiecać. Ba, on nie chciał jej nic obiecywać. Lubił ją, naprawdę cenił, ale nie na tyle, aby się zaangażować, by  powiedzieć, coś co jest nieprawdą. 

Spojrzał ja nią smutno, mając nadzieję, że jego oczy wyrażają niemą prośbę, że ona go zrozumie i że da się to jakoś wyprostować. Dorcas jednak nie zamierzała nic zrozumieć, gdy wymierzyła mu siarczysty policzek i odwróciła się nim dostrzegł ból w jej oczach.

***
Spokój Dorcas trwał jedynie do momentu, gdy była w stanie dojść do swojego dormitorium. Wtedy nagle puściły hamulce, a gniew zmienił się bezsilność. Zaciśnięte pięści rozwarły się, a  oczy wypełniły łzy. Podziękowała w myślach Merlinowi, że przynajmniej Syriusz jej takiej nie widział.  Nie chciała, aby to widział. Nie zamierzała dać mu  tej przewagi nad sobą. Nie chciała, by miał świadomość, jak bardzo bolesne to było. 

Padła na łóżko z głośnym westchnieniem. Nie chciała, aby ktokolwiek to widział...
 - Co się dzieje, Dorcas?  - Cichy głos dobiegający od strony okna o mało nie sprawił,  że cicho jęknęła. Lily.
Liczyła, że będzie sama tego popołudnia w dormitorium - Mary miała spotkanie klubu gargulkowego, Marlena poszła na randkę, więc miała spore szanse na absolutną samotność. Zapomniała jednak, że plany Lily niekiedy potrafiły być zupełnie nieprzewidywalne i mogły zakładać czytanie w zaciszu dormitorium po południu. 
- Co się dzieje?  - powtórzyła Lily, siadając na łóżku Dorcas.
- Wszystko skończone między mną a Syriuszem.
- Dorcas...
- Lily, proszę daruj sobie. Wiem, co będziesz mi teraz chciała powiedzieć, że wiedziałam jaki jest Syriusz, że przecież nie obiecywał mi związku, że powinnam być mądrzejsza. Ale nie byłam, a teraz wszystko tak okropnie boli.
Lily zamilkła. Zrobiło jej się wstyd, bo faktycznie miała ochotę coś takiego powiedzieć. Chciała powiedzieć największy banał. Wszyscy w Hogwarcie wiedzieli, jaki jest Syriusz Black. Nikt nie powinien oczekiwać po nim deklaracji wiecznej miłości ani wiecznego przywiązania.
Nie zmieniało to jednak faktu, że Dorcas najwyraźniej miała teraz złamane lub chociaż mocno potłuczone serce. Przypominanie jej teraz, że ten związek był skazany na porażkę byłoby jak sypanie soli na jej rany. To okrucieństwo w czystej postaci, a Lily z natury nie była okrutna. 
- Gdy zobaczyłam go z inną, zrozumiałam, że to koniec.
- Przykro mi - powiedziała cicho Lily.

Dorcas pokiwała głową, odsuwając kosmyk włosów od mokrego policzka. 

- Wiem, że byłam naiwna, ale taki mój chyba los. Myślałam... Wydawało mi się, że skoro nigdy z nikim nie był tak długo, to ma to większe szanse na powodzenie niż jego inne relacje. Myślałam, że to coś znaczy, Lily, zwłaszcza, że ja go naprawdę lubię... Znaczy lubiłam - urwała Dorcas.

- Dorcas, naprawdę mi przykro - powtórzyła Lily, zagryzając wargę. 

Nie czuła się dobrze w roli  pocieszycielki Dorcas. Zawsze sądziła, że nie umie pocieszać ludzi. Wolała działać niż mówić puste frazesy. Teraz jednak jedynym działaniem jakie mogła podjąć było podawanie chusteczek higienicznych i wypowiadania kwiecistych obleg pod adresem Syriusza Blacka, lecz szczerze wątpiła, czy cokolwiek z tego naprawdę pomoże Dorcas.

- Będzie lepiej.

- Naprawdę w to wierzysz?

- Wiem - zapewniła żarliwie Lily.

Reakcja Lily sprawiła, że Dorcas się ożywiła. Kolegowały się, ale trudno było je nazwać najlepszymi przyjaciółkami - oczywistym było, że Lily wolała Mary, a Dorcas częściej spędzała czas z Marleną. Słowa Evans były najbliższym co można by byłoby nazwać serdecznym wyzwaniem. 

- Byłaś kiedyś zakochana? 

Teraz Lily się zawahała. Podrapała się po czole i spuściła wzrok na podłogę. 

- Zakochana... Myślę, że może nie zakochana, ale niewiele brakowałoby, abym mogła się zakochać, abym potrafiła odpuścić. Jednak widać nie wszystko może być materiałem na historię wielkiej miłości, a mój mózg pracuje sprawniej niż serce.

Dorcas prychnęła:

- Lily, to w takim razie nie była właściwa osoba i na pewno nie była miłość. Gdybyś miała się zakochać, to nie byłabyś w stanie tego powstrzymać. Na pewno kiedyś się o tym przekonasz.

***

Ciemne korytarze Hogwartu nieodmiennie przerażały Mary McDonald.

Chociaż spędziła w szkole kilka dobrych lat późne powroty do dormitorium nadal potrafiły wzbudzić u niej pewne obawy. Początkowo mówiła sobie, że to zupełnie nieracjonalne, ale nieroztropny mózg zupełnie nie chciał słuchać, zwłaszcza po spotkaniu z grupką Ślizgonów po piątym roku. Na samo wspomnienie tego zadrżała i przyspieszyła kroku.

Teraz bardzo żałowała, że nie wróciła wcześniej ze spotkania klubu Gargulkowego wraz z resztą Gryfonów ze swojego roku. Niestety, zagadała się z koleżanką z Hufflepuffu i dlatego teraz musiała stawiać czoła swoim obawom i przedzierać się przez ciemne zaułki, które wydawały się dziwnie niegościnnymi krainami. 

Zaciskając dłonie na pasku swojej torby, ruszyła schodami. Niemal podskoczyła ze strachu, gdy ktoś zaśmiał się cicho. Szybko jednak okazało się, że to dwie damy w pobliskim obrazie spotkały się na wieczorne pogaduszki.

- Uspokój się, bo sama się nakręcasz - mruknęła pod nosem, gdy zeszła ze schodów. 

Nim jednak zdążyła postawić stopę na podłodze dostrzegła zielony błysk i jej nogi  bezwładnie odmówiły posłuszeństwa, przez moment tańcząc w powietrzu. Wylądowała na podłodze, boleśnie upadając na kolana. Marmurowa podłoga okazała się zadziwiająco niegościnnym podłożem.

- Co tam mamroczesz, mała szlamo? - drwiący głos i zielone zwieńczenie obszernej szaty. Mary znała ten głos i scenariusz. 

Wyciągnęła różdżkę, ale przeciwnik okazał się szybszy. Nim zdążyła wykrzyknąć zaklęcie rozbrajające jej różdżka już leżała u jego stóp.

- Nie dość, że mugolak, to do tego wyjątkowo powolny - zakpił. 

- Zostaw mnie - wymamrotała. 

On jednak zdawał się nie słyszeć jej prośby. Może mówiła za cicho? Może po prostu lubował się w tym przedłużającym się oczekiwaniu, które  napędzało jej strach? Teraz Mary była gotowa uwierzyć we wszystko. 

- Tacy jak ty nie powinni mieć wstępu do Hogwartu - wycedził. Uniósł ramię i zaczął wymawiać zaklęcie, a Mary próbowała się przygotować na kolejny rozbłysk jasnego światła i widmo nieuniknionego bólu. 

- Co się ty wyprawia?! Mulciber, natychmiast opuść różdżkę.

- Lupin, nie wtrą...

- NATYCHMIAST! - wykrzyknął Remus Lupin, wyjmując swoją różdżkę. 

Mulciber najwyraźniej postanowił nie próbować swoich szans, a może zwyczajnie bał się, że Remusowi będą towarzyszyć jego nieodłączni przyjaciele? Wszakże Huncwoci zwykle stanowili kwartet, na który należało mieć baczenie i lepiej było nie zadzierać. Mulciber schował swoją różdżkę i zniknął równie niepostrzeżenie jak się pojawił.

Mary i Remus zostali sami na korytarzu.

- Dziękuję - szepnęła dziewczyna, gdy poprawiła swoje ubranie i powoli ruszyli w stronę wieży Gryffindoru.

- Mary, nie masz za co dziękować. Każdy by tak postąpił na moim miejscu. Jednak to nie rozwiązanie. Musimy to gdzieś zgłosić. Może zamiast iść do profesor McGonagall powinniśmy od razu spróbować umówić się z dyrektorem Dumbeldore'm...

- Nie! - pisnęła Mary, kręcąc głową. - Nie, nie mogę tego zrobić.

- Ale to nie może się powtórzyć. To jest niebezpieczne.

- Nie zamierzam być osobą, która pójdzie z tym do nauczycieli. To na pewno się rozniesie po szkole i przysporzy więcej szkody niż pożytku. Przynajmniej mi - dodała cynicznie Mary. - Wiem, że to mało gryfońskie z mojej strony, ale...

- Nie musisz mi się tłumaczyć - odpowiedział Remus, nie dając jej skończyć. Rozumiał ją bardziej niż był to skłonny przyznać. - Skrzacia przysługa - powiedział hasło, gdy doszli pod obraz Grubej Damy. 

Przeszli przez dziurę w obrazie i w stanęli na środku.

- Raz jeszcze dziękuję - powiedziała Mary, unosząc ku niemu oczy. 

Po raz pierwszy od ich niefortunnego spotkania na jej twarzy zagościł nieśmiały uśmiech. Uśmiech, który sprawił, że jego serce zabiło niespokojnie. Niepokojący objaw, gdy nie możesz z tym nic zrobić, ale nie zamierzał w tej chwili z tym walczyć. Zbyt bardzo mu się to spodobało i zdecydowanie nie chciał tego psuć.

- Mary, ja nie... - zaczął, wahając się, by przez chwilę zapomnieć o narzuconych sobie ograniczeniach. Odnalazł jej dłoń i lekko ją uścisnął, mając nadzieję, że wyrazi to więcej niż jego nieporadne słowa.  Szerszy uśmiech na jej twarzy powiedział, że zadziałało, a jego serce wywinęło drugiego fikołka, gdy jej palce także musnęły jego dłoń. Na moment jego świat się zawirował, by po chwili zupełnie się zatrzymać.

- Lunatyk, jesteś wreszcie?! - krzyknął Peter, wpadając do Pokoju Wspólnego, a magia, którą poczuli Mary i Remus natychmiast przestała działać. Ich dłonie opadły, a spojrzenia rozminęły się w przeciwnych kierunkach - Łapa jest w okropnym humorze i myśleliśmy o małej przechadzce...  Musimy się pospieszyć!

Remus kiwnął głową, a Peter ponownie zniknął na schodach do męskich dormitoriów. Odwrócił się do Mary, ale totalnie nie wiedział co miałby jej teraz powiedzieć. Nie chciał jej zostawiać, a jednocześnie czuł, że powinien pospieszyć ku przyjaciołom. Był im to winien i czuł, że chwila z Mary bezpowrotnie minęła. 

- Mary, ja... - zaczął, wahając się. 

- Nie musisz nic mówić - przerwała mu Mary, zaskakująco raźnym tonem. - Dla takich jak ty zawsze przyjaźń jest ponad wszystko. 


____________________________________

Trwa poprawienie poprzednich rozdziałów. 

20 grudnia 2020

Wszystko dla Lily: 10. Po prostu przestań

Gdy Lily wpadła do Pokoju Wspólnego, świat rozmywał się jej posadach. Oczy miała pełne łez, a jej ręce drżały, gdy próbowała się nie dać ponieść emocjom. Spokojnie, Lily, uspokój się, powiedziała sobie. Zacisnęła dłoń w pięść, mocno wbijając sobie paznokcie w skórę. Ból przypomniał jej, jak realne to wszystko było. Rozczarowanie bolało coraz mocniej, krew nie chciała zwolnić we żyłach..
Rozejrzawszy się po Pokoju Wspólnym, dostrzegła Remusa siedzącego w fotelu przed kominkiem. Zbliżyła się do niego. Gdy stanęła przed nim wydawał się zupełnie zaskoczony. Uśmiechnął się i wyraźnie sądził, że to towarzyska pogawędka. Cóż, nawet nie miał pojęcia, jak bardzo się mylił.
- Gdzie on jest? - zapytała głośno Lily, patrząc w jasne oczy Remusa.
- Lily, ale kogo właściwie szukasz...
- Gdzie on jest? Przyprowadź go tu natychmiast! - zażądała, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że krzyczy. Rozmowy wokół przycichły, pióra przestały się poruszać.
- Przyznam, że nie rozumiem - odpowiedział.
Remus odłożył książkę na fotel i wstał. Skierował zaniepokojone spojrzenie na wyraźnie roztrzęsioną Lily. Cała sytuacja zdawała się być abstrakcją dla jego umysły, ale mimo to zachowywał spokój. Położył jej dłoń na ramieniu, ale strząsnęła ją niczym natrętną muchę, co uświadomiło mu, jak poważna musiała być dla niej cała ta sytuacja.
- Nie udawaj, że nie wiesz, o czym mówię! - dodała Lily, chciała powiedzieć coś jeszcze, ale w tym momencie do Pokoju Wspólnego wpadł Peter z zaczerwienionymi policzkami. Jego widok przypomniał jej, jak wielką porażkę dzisiaj przeżyła. - Zawołaj Pottera, Pettigrew, albo nie ręczę za siebie.
Peter nim pobiegł w kierunku dormitoriów chłopców, rzucił jedno niepewne spojrzenie na Remusa, ale ten tylko skinął lekko głową. Miał nadzieję, że James jakoś odkręci tę sytuację, chociaż patrząc na roztrzęsioną twarz Lily wydawało mu się to prawie niemożliwe.
- Spróbuj się uspokoić - powiedział spokojnym głosem.
- Teraz już trochę za późno na to, Remusie, nie sądzisz? - zapytała ironicznie.
- Lily, nie wiem, co się stało, ale jestem pewien, że da się to wszystko jakoś wyjaśnić. James nigdy by...
Jej gorzki śmiech sprawił, że słowa zamarły na jego ustach.
- O co chodzi, Evans?
Głos Jamesa sprawił, że Lily odwróciła się w jego kierunku. Stał tuż obok z wyzwaniem w tych upartych oczach i wyzwaniem na ustach. Przez moment szukała skruchy na jego twarzy, lecz na próżno. Szukała Atlanty pośród gór, szukała drogi pośród drzew.
- Co się dzieje? - powtórzył pytanie.
- Jesteś najgorszym, co mnie spotkało, Potter! - krzyknęła, tracąc panowanie nad sobą. Jej ręka niespodziewanie znalazła się na jego policzku z głośnym plaśnięciem.
Wtedy zapadła cisza.
To zaskoczyło wszystko.
- Na Merlina, ja... Ja - wyjąkała Lily. Otworzyła szeroko usta ze zdziwienia, widząc czerwony ślad na policzku Pottera. Ona, zapalona pacyfistka i przeciwniczka jakiejkolwiek formy agresji okazała się.... - Potter, ja... - zaczęła nieskładnie, gdy on chwycił ją za rękę.
Lily pozwoliła Jamesowi pociągnąć się za sobą, gdy wybiegł z Pokoju Wspólnego. Wypadli na ciemny korytarz, ale widać to miejsce też nie satysfakcjonowało chłopaka, bo się nie zatrzymał, idąc przed siebie w ciemność bez słowa
Skręcili w lewo na rozwidleniu korytarza, zatrzymując się raptem kilka kroków za rogiem. James szarpnął Lily za rękę i pchnął ją na ścianę. Zimny mur sprawił, że poczuła dreszcze na plecach. James oparł ręce na wysokości jej ramion, unieruchamiając ją.
- Zadowolona jesteś teraz, Evans?
Przez moment chciała spuścić wzrok i przeprosić, ale uświadomiła sobie, że specjalnie to powiedział. Chciał, żeby poczuła się źle, aby stała się niepewna. Nie zamierzała dać mu tej satysfakcji.
- Zasłużyłeś sobie na to, Potter - warknęła.
W myślach przekonywała sama siebie, że dobrze zrobiła. Cholerny Potter zasłużył na policzek, który dostał. Z obecnej perspektywy nie wydawała jej się to zbyt duża kara dla niego za zepsucie jej randki, za odstraszenie Jasona, za zniszczenie jej marzeń.
- Mogę przynajmniej zapytać, za co właściwie dostałem? - spytał spokojnym tonem.
Okulary zsunęły mu się na czubek nosa. Lily przez moment miała ochotę mu je poprawić, gdy jej wzrok skupił się na czerwonym śladzie na jego policzku. Naoczny dowód jej agresji sprawił, że zgrabiła się, spuszczając wzrok. Ten chłopak od wielu lat doprowadzał ją do szaleństwa, a jednak dopiero dzisiaj uległa mu na tyle, aby odpowiedzieć fizyczną agresją.
- Naprawdę nie wiesz? - zapytała gorzko. Zacisnęła pięści, czując, że krew szybciej krąży jej w żyłach. Złość rosła z każdym kolejnym uderzeniem niespokojnego serca. - Skoro nie wiesz, za co jestem zła, to chyba znaczy, że masz na sumieniu znacznie więcej niż zrujnowanie mojej randki z Jasonem
Przez moment wydawało jej się, że dostrzegła skruchę w jego oczach, ale to szybko minęło i chłopak jedynie arogancko wzruszył ramionami. Może to było jedynie złudzenie?
- Skoro przestraszył się mnie, to widać nie jest wcale taki odważny.
- Nie musi być... Zresztą, dlaczego obchodzi cię moje życie uczuciowe? To nie jest twoja sprawa! - krzyknęła Lily. Jej głos echem odbił się od pustych ścian korytarza.
- Myślisz, że o tym nie wiem? Myślisz, że nie mam dosyć robienia z siebie idioty na oczach całej szkoły?! Te mam tego dosyć! - wykrzyczał, patrząc na nią. Okulary zsunęły mu się na czubek nosa, a na czole pojawiła się bruzda. Ręka Lily uniosła się, chciała poprawić mu te cholerne okulary. Zatrzymała dłoń w połowie dłoni, uświadamiając sobie, jak niestosowny byłby to gest.
Ona go przecież nienawidziła.
Nienawidziła, a jednak nie była ślepa ani  głucha.
Wiedziała, że James jest popularny pośród dziewcząt w Hogwarcie. Fakt, nie przebijał w tym Blacka, ale cała szkoła wiedziała, że Syriusz nie jest zbyt wybredny i kocha wszystko, co nosi spódnice. Reszta była mu obojętna. Ale James był inny. Stanowił dla dziewczyn zagadkę, którą chciały odkryć. Słyszała rozmowy o jego uśmiechu, zachwyty nad talentem do qudditcha w damskiej łazience. i pogłoski o talencie do pocałunków, nie wspominając o rozważaniach na temat tego, jak jedwabiste są jego włosy. Wiele chciałoby je uczesać i ujarzmić ich właściciela.
Wszystko to sprawiało, że Lily też czasem uważniej mu się przypatrywała, co zawsze prowadziło ją do jednego wniosku, że Potter nie był i nigdy nie będzie dobrym materiałem na chłopaka. Nienawidziła jego arogancji, pyszołkowatości i całej tej huncowckiej otoczki. A najbardziej nienawidziła jego okrutnych żartów, znęcania się nad innym. Nadal pamiętała te wszystkie okrutne dowcipy skierowane w Severusa. Jej serce zakuło, jak zwykle gdy o nim pomyślała, ale skupiła się znowu na myśleniu o Potterze.
Najgorsze jednak, że James nie odpuszczał. Wielu pewnie uznałoby to za jego największą zaletę, ale Lily nie potrafiła widzieć tego w tych kategoriach. Od kilku lat jego szczenięce zaloty nie przestawały jej krępować i wątpiła, czy to się kiedykolwiek zmieni. Nienawidziła jego publicznych wyznań miłości i zaproszeń na randkę, które coraz mocniej ją irytowały, bo przecież ten dureń nie mógł chyba wierzyć, że ona się zgodzi po tylu odmowach. Nie cierpiała jego niespodzianek, które niby miały pomóc mu zaskarbić jej przychylność. Nienawidziła tego wszystkiego. Peszyło ją, że w szkolnych kuluarach była bardziej rozpoznawalna jako ruda dziewczyna od Pottera niż zdolna uczennica, prefekt czy po prostu Lily Evans. Nie chciała tego rodzaju uwagi. Chciała, by ludzie szanowali ją za własne osiągnięcia, nie za bycie popularną z powodu jakichś głupich żartów.
On jednak tego w ogóle nie rozumiał. Nie łapał prostych tłumaczeń i łagodnych próśb. Nic nie przynosiło efektów. On musiał odpuścić w pewnym momencie! Lily nie widziała innego rozwiązania tej sytuacji, bo przecież nie zamierzała mu ulec. Nie chciała, nie mogła. A jednak stali tu teraz naprzeciw siebie i Lily po raz pierwszy czuła, że zabrakło jej słów.
- Potter... - zaczęła niepewnym głosem, po czym przerwała. - James - zaczęła jeszcze raz łagodniej  -takie akcje nie mogą się powtórzyć.
Nic nie odpowiedział, jedynie kręcąc lekko głową. Uniósł dłoń i lekko dotknął jej policzka. Zadrżała pod jego dotykiem. Chciała się odsunąć, ale ściana za plecami i jego ręce przy jego głowie mocno ograniczały jej swobodę ruchów.
- Postaram się - powiedział w końcu James, zrezygnowany opuszczając dłoń.
- Obiecujesz?
- Obiecuję, że się postaram.
- Potter...
- Na Merlina, Evans, nie wymagaj ode mnie zbyt wiele - przerwał jej. Przeczesał palcami włosy. - Postaram się, ale nie wiem, ile z tego wyjdzie. Moja kontrola jest niczym przy tobie. Wariuję z miłości do ciebie każdego dnia, a to i tak nadal niewystarczająco. Nawet nie jest, jak bardzo jest to dla mnie frustrujące. Gdy nie wiem, jak wzbić się wystarczająco szybko na miotle, ćwiczę aż mi się uda. Gdy czuję, że sam nie dam rady, proszę o pomoc Syriusza. Gdy czegoś nie wiem, męczę Lunatyka o pomoc. Gdy jednak idzie o ciebie - pokręcił głową, jakby sam w to nie wierzył - gdy idzie o ciebie nic nie działa...
- Bo nie jestem zabawką, żeby istniała instrukcja do mnie - prychnęła Lily, nie dając mu dokończyć. Chciała odzyskać kontrolę nad sytuacją, ale czuła, że znowu podniosła porażkę, gdy James odgarnął kosmyk jej włosów. Czuła, że jej zdradzieckie serce zabiło szybciej. Spróbowała się odsunąć, ale znowu poczuła pod plecami chłód ściany, gdy się do niej przycisnęła.
- To, co powinienem według ciebie zrobić? Powinienem tak po prostu poddać się?
Zabrakło jej słów pod wpływem jego spojrzenia.
Na brodę Merlina, patrzył, jakby znał wszystkie sekrety jej duszy, jak sam wiedział lepiej, co jest dla niej najlepsze, jakby... Zatrzymaj się, powiedziała sobie Lily.
- Musisz się zatrzymać - odparła, uciekając wzrokiem w bok. - Nigdy z nic nas nie będzie.
- Nigdy - powtórzył głucho.
- Nigdy nic - powiedziała raz jeszcze.
Zapadła cisza. Przerywało ją jedynie ciche pohukiwanie sowy gdzieś w oddali.
- Nic z tego nie rozumiem - wykrztusił w końcu z siebie James. Zrobił krok do tyłu, a Lily poczuła, że jej serce wraca do normalnego rytmu. - Nie jestem brzydki, nie mam kurzajek na nosie, umiem nieźle latać na miotle, nie jestem głupi i ponoć całkiem nieźle się znam na magii. Ale ty... Ty nie pozwalasz mi się zrozumieć.
- Więc po prostu przestań - przerwała mu Lily, czując, że odzyskuje kontrolę nad sytuację. Wygładziła swoją szatę. Zaryzykowała spojrzenie w jego orzechowe oczy i dodała: - Przestań, bo to niczego nie zmienia. I nie zmieni.

30 października 2018

Wszystko dla Lily: 9. Zamki na piasku

Wiesz co zrobiłaś?
Marlena odwróciła się od okna, patrząc na Jamesa, który z głośnym trzaskiem zatrzasnął drzwi. Byli sami w dormitorium Huncwotów. Wydawać by się mogło, że to idealna okazja. Byli młodzi, byli samotni. Mogli wszystko, nie bacząc na żadne ograniczenia, dlaczego więc stali w miejscu? Dlaczego nie podszedł bliżej? Dlaczego marszczył gniewnie brwi, zamiast posyłać jej powłóczyste spojrzenia?

13 września 2018

Wszystko dla Lily: 8. Gra idioty

Cały tydzień czekała na ten moment.
Myśl o wyjściu do Hogsmeade pozwoliła jej przeżyć od poniedziałku, gdy musiała rano wstać z łóżka, porzucając ciepłą pościel. To też pomogło gdy we wtorek po nocnym spotkaniu z Potterem i Blackiem na szkolnym korytarzu w czasie nocnego patrolu. W środę opanowała nerwy, gdy jakiś nerwowy pierwszoklasista wpadł na nią z impetem, wywalając na środku szkolnego korytarza. W czwartek trzy razy powtórzyła sobie frazę, że trzeba myśleć o rzeczach pozytywnych. Inaczej pewnie trudno byłoby jej powstrzymać histerię na widok oceny niższej niż zakładała za ostatni esej z transmutacji. Piątek przeżyła w radosnej euforii, że tylko noc ją dzieli od Hogsmeade.

15 lipca 2018

Czas na zmiany

Zmiany, zmiany, wielkie zmiany ;)

Daję sobie kilka zmian na ich wdrożenie do ok. 1 sierpnia.
Szablon wykonała Nikumu
dla Zaczarowanych Szablonów.